niedziela, 1 czerwca 2014

II (część pierwsza)

Rozdział będzie podzielony na dwie części, bo zanosi się na bardzo długi, a nie chcę nie potrzebnie smęcić ;)


Ze snu wyrwał ją dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie orientowała się która jest godzina, czy też słońce już wstało. Rozbudzona nie mogła się skupić na tym, skąd dochodzi dzwonienie. Dopiero po chwili zorientowała się, że urządzenie ma pod swoją poduszką.
      - Tak? – Zapytała, przeciągając się przy tym na łóżku niczym kot.
      - Hej skarbie, śpisz? – Po drugiej stronie odezwał się uroczy głos Max’a.
      - Teraz już nie. – Nastolatka położyła się ponownie na plecach i uśmiechnęła pod nosem.
      - To dobrze. A teraz z łaski swojej wyjaśnij mi co się dzieje i dlaczego Cię w domu nie ma? – Taki ton głosu chłopaka zwiastował sprzeczkę lub nawet ostrą kłótnię.
      - Jestem w domu. – Zgrywała głupią.
      - Carmen! Nie wkurwiaj mnie! Co się z Tobą dzieje?
      - Ze mną jest wszystko w porządku, z moją matką nie koniecznie. – Odpowiedziała smutno po czym podniosła się do siadu, poprawiając rozczochrane włosy.
      - Co jest? – Tym razem Max’a głos stał się łagodny.
      - Nie chcę rozmawiać przez telefon.
      - Jesteś u Richarda?
      - Tak, a gdzie indziej mogłabym być? – Zapytała ironicznie.
      - U mnie na przykład. – Powoli nakręcał się, by robić swojej ukochanej wyrzuty. – Dlaczego do mnie nie przyszłaś?
      - Dzwoniłam do Ciebie, to mnie olałeś, więc teraz nie miej pretensji, że jestem tu, a nie w LA.
      - I oczywiście to ja jestem teraz wszystkiemu winien? – Max z każdą chwilą coraz głośniej mówił do słuchawki.
      - Nie Max, nie mówię, że to Twoja wina. Po prostu rzucasz się do mnie, a tak naprawdę to nic nie zrobiłeś, żeby było dobrze.
      - Czyli jednak zwalasz całą winę na mnie. Nie mam już ochoty z Tobą rozmawiać, kochanie. Miłego dnia. – Nie dając Carmen dojść do słowa po prostu się rozłączył.
Carmen nie miała siły się denerwować. Po prostu odłożyła telefon na półce obok łóżka, przeciągnęła się intensywnie na łóżku, czując przy tym jak każda, nawet najmniejsza kostka w jej układzie kostnym, o której nie miała pojęcia strzela pod napięciem i podniosła się do siadu. Przetarła zaspane oczy, po czym ostatecznie stanęła na równe nogi. Podniosła roletę, oczywiście pogoda do wspaniałej nie należała. Gdy otworzyła okno, poczuła jak zimne kropelki, spadające z nieba, pod wpływem wiatru obijają się o jej zaspaną twarz. W duchu stwierdziła, że takie orzeźwienie było jej potrzebne. Nieuczesane włosy związała w niechlujnego koczka, zakładając za uszy wystające kosmyki. Znalazła w szafie czarne jeansy, ciepłe skarpety, z których zawsze śmiał się jej tata i sweterek. Nie wiedziała czy Richard już wstał, dlatego po cichutku otworzyła drzwi swojej sypialni i potknęła się o leżącego w progu psa.
      - Nightmare, co tu robisz kochany? – Psiak od razu radośnie zaczął ją lizać po twarzy. Jego obecność w domu oznaczała, że wujek już nie śpi.
Zeszła po cichu po schodach. Z kuchni nieopodal dochodził słodki zapach, który od razu sprawił, że dziewczynie zaczęło burczeć w brzuchu. Przed wejściem do pomieszczenia starała się podrapać swędzące miejsce pod gipsem, ale jak sama od początku się spodziewała, nic z tego nie wyszło.
         - Cześć. – Powitała wujka cmoknięciem w gładki policzek i zajęła miejsce przy stole.
         - Cześć, cześć. Wyspana?
         - Nie do końca. – Rzuciła sięgając do szuflady po nóż, bo swędzenie nie dawało jej spokoju.
         - Co się sta… Po co Ci ten nóż? – Richard nieco się zdziwił, gdy zobaczył bratanicę z nożem kuchennym w dłoni.
         - Muszę się jakoś podrapać, bo mnie szlag trafi. – Wsunęła zimne ostrze pod biały gips i nareszcie poczuła ulgę i ból jednocześnie. – Kurwa mać!
         - Carmen!
         - Dziabnęłam się. – Powiedziała smutno z grymasem bólu na twarzy.
         - Bo kto normalny drapie się ostrym nożem kuchennym? – Wuj zabrał od niej nóż, a postawił przed nastolatką talerz.
         - Ja.
         - No tak. – Stwierdził z uśmiechem. – Gdzie się zacięłaś?
         - Zewnętrzna strona nadgarstka, w pobliżu szycia. Jak będę umierała to dam Ci znać. – Zażartowała i położyła górną część tułowia na stole. – Max do mnie dzwonił.
         - O! Co u niego słychać? – Richard odwrócił się, trzymając w dłoni sporych rozmiarów talerz z naleśnikami.
         - Nie mam pojęcia, bo na dzień dobry skoczył do mnie z ryjem, że jestem u Ciebie, a nie u niego.
         - Poważnie?
         - Tak. – Westchnęła po czym zabrała się za smarowanie placka serem na słodko. – Ja już coraz bardziej tracę do niego cierpliwość. – Następnie wylała na to sporą ilość sosu malinowego. – Po tym wszystkim jak zadzwoniłam, to nawet nie raczył odebrać. Pewnie zajmował się tą Elizabeth. – Pierwszy, sporych rozmiarów kęs trafił do jej ust.
      - Jaką Elizabeth? – Richard był trochę zmieszany, bo uważał Max’a za chłopaka porządnego, który szczerze kocha Carmen. Zajął w końcu miejsce obok dziewczyny i czekał na wyjaśnienie, ale najpierw wytarł z jej kącika ust resztki sosu.
      - Lalunia, która się wprowadziła obok niego. Dzień w dzień czegoś potrzebowała. Jak nie przeniesienia szafki, to wbicia gwoździa w ścianę, albo żeby zabić pająka który jest w garażu. Wszędzie w ogrodach, przed domami byli ludzi, ale nie. Do kogo przyszła? No oczywiście, że do Max’a. 
      - No proszę.
      - Tak, ale najlepsze jest to, że kiedy po prostu powiedziałam jej, żeby sobie wynajęła kogoś do pomocy, w sensie ekipę remontową albo kogoś, to mi Max zrobił taką awanturę, że szok. Jak ja widziałam, jak oni się na siebie gapią, to aż mi się rzygać po prostu chciało, a piana to z nerwów, szła mi jak ten sos, co mi właśnie cieknie po brodzie. – Nastolatka zaśmiała się i wytarła różowy sos chusteczką leżącą pod talerzykiem.
      - A rozmawiałaś z nim o tym na spokojnie?
      - Czy rozmawiałam? Nie wujku, nie dało się z nim o tym spokojnie pogadać, bo zaraz robił mi wyrzuty, że jestem zazdrośnicą, że on jej tylko pomaga, żebym się zastanowiła co robię i tak dalej. Od kiedy on się pojawiła, Max się strasznie zmienił i to mnie boli.
      - Boisz się, że go stracisz? – Wujek zadał to pytanie bardzo poważnie.
      - Ja już w sumie nie widzę sensu, żebyśmy razem byli, skoro mam teraz mieszkać u Ciebie. Ja sobie nie wyobrażam związku na odległość.
      - Dla chcącego nic trudnego.
      - Ja mu nie ufam, o to chodzi. – Dziewczyna przestała konsumować posiłek, by poważnie podejść do tej rozmowy. - Jaką mam pewność, że właśnie teraz nie siedzi sobie z Elizabeth i nie miziają się jak zakochańce? Jaką mam pewność, że w nocy nie obracał jej w swojej sypialni? Po tamtych akcjach mam ogromne wątpliwości.
      - Myślisz, że Max mógłby Cię zdradzić?
      - Przecież ja też byłam jego laską na boku.
      - Nie rozumiem.
      - Zanim się związaliśmy, to miał dziewczynę. Amanda bodajże się nazywała. Zdradzał ją ze mną, więc nie zdziwię się jeśli teraz zdradza mnie z Elizabeth. – Wzruszyła ramionami.
      - Carmen on Cię kocha. – Richard położył dłoń na ramieniu nastolatki.
      - Tak jak kochał Amandę? – Spojrzała mu w oczy.
      - Nie wiem co mam Ci powiedzieć.
      - Nic najlepiej nie mów. – Delikatny uśmiech z jej strony sprawił, że Richard również uniósł kąciki ust. – Ty do pracy nie idziesz?
      - O cholera! – Wuj zerwał się z miejsca jakby ktoś wylał mu gorącą kawę na spodnie. – Zagadałem się z Tobą. Ja lecę, będę wieczorem.
         - No papa. – Pomachała mu i wróciła do posiłku.
Po skończonym posiłku powędrowała do sypialni, by w końcu się doprowadzić do porządku. Rozczesała włosy, parę razy przeciągnęła po nich prostownicą, na oczy nałożyła trochę tuszu do rzęs i zrobiła czarne kreski na dolnej powiece. Patrząc w lustro, miała ochotę coś w sobie zmienić. Może ostrzejszy makijaż? Spojrzała na usta. Zacząć używać błyszczyka? Nie, to nie w jej stylu. Piercing? Zawsze o tym marzyła. Teraz kiedy nie miała na głowie mamy, mogła sobie na to pozwolić. Odsunęła się od lustra, poprawiła sweterek i zabierając telefon, poszła do salonu. Wujek nie wypuścił psa, więc Nightmare spał przy kanapie. Nawet nie zareagował, gdy Carmen weszła do pomieszczenia. Usiadła na sofie i zaczęła bawić się komórką. Było jej smutno po tamtej rozmowie z wujkiem, chciała z kimś dodatkowo pogadać, do kogoś się przytulić, więc sama nie wiedząc dlaczego wybrała numer wczoraj poznanego kolegi.
      - Tak?
      - Cześć, tu Carmen. Nie przeszkadzam?
      - Nie, oczywiście, że nie. – Na twarzy Ash’a od razu pojawił się uśmiech. – Co się stało, że dzwonisz?
      - Masz może czas żeby się spotkać? Potrzebuję się komuś wygadać, a nikogo prócz Ciebie tutaj nie mam.
      - Za 10 minut mogę do Ciebie wpaść.
      - Poważnie? Przecież mogę wyjść z domu.
      - Za 10 minut u Ciebie będę. Do zobaczenia. – Chłopak dopiął swego.
Carmen westchnęła głęboko, pogłaskała psa po czym zajęła się oglądaniem jakichś nudnych programów typu talk-show.
Ash kończył kompletować dzisiejszy strój, gdy Carmen zadzwoniła. Nie spodziewał się telefonu od niej, myślał nawet, że wczorajsze spotkanie było jednorazowe, dlatego telefon od niej i chęć rozmowy ucieszyły go podwójnie. Nie mógł zostawić nastolatki teraz samej, zwłaszcza, że jemu bardzo zależało na znajomości z dziewczyną. Stał przed lustrem i zastanawiał się czy biała koszulka, nie pokazuje zbyt wiele, bo bał się, że  tatuaże zdobiące jego ciało, odepchną odrobinę nastolatkę, ale postanowił zaryzykować. Ciemne włosy ułożone na bok dodały mu charakterku, oczy błyszczały jak nigdy przedtem. Miał nadzieję, że spotkanie z Carmen potoczy się po jego myśli.
Na szerokie ramiona zarzucił czarną, skórzaną kurtkę, do kieszeni schował portfel z dokumentami, a przed wyjściem zadzwonił do Charlie’go.
      - Nie czekajcie na mnie. Coś mi wypadło. – Poinformował kumpla.
      - Co się stało? – Głos kumpla nie brzmiał zbyt zadowalająco.
      - Carmen zadzwoniła i powiedziała, że potrzebuje z kimś pogadać.
      - Rozumiem. – Zaśmiał się kolega po drugiej stronie. – Tylko, że Ty i tak nie zamoczysz.
      - Spierdalaj, ja nie jestem Tobą.
      - Chciałbyś być, przyznaj.
      - Zapomnij. – Ash i Charlie zaśmiali się w tym samym czasie. – Dobra ja kończę. Przekaż Simonowi, żeby jakichś problemów nie robił.
      - Nie ma sprawy. Udanej randki. – Dogryzł mu na koniec kolega, po czym jako pierwszy się rozłączył.
      - Palant. – Szepnął już sam do siebie, po czym opuścił budynek, w którym mieszkał. Po czarnym Camaro z 1969 roku stojącym na podjeździe spływały kropelki deszczu, który nie dawno skończył padać. Chłopak wsiadł do pojazdu i z piskiem opon ruszył w stronę domu nowej koleżanki.
Carmen skacząc po kanałach w końcu zatrzymała się na stacji muzycznej. Położyła pilot na stoliku i zajęła się czworonożnym przyjacielem, który przy każdym dotknięciu żwawiej merdał ogonem, i zaczął delikatnie gryźć ją po rękach. Mimo, że był wielkim i niekiedy agresywnym psem, uwielbiał się bawić, jednak zabawę przerwał dzwonek do drzwi. Carmen poprawiła sweter, podciągnęła spodnie i poszła otworzyć.
      - Wejdź. – Zaprosiła spodziewanego gościa do środka i wskazała dłonią wejście do salonu. – Spokojnie, Nightmare chyba Cię nie zje. – Zaśmiała się mimo podłego nastroju.
      - Jak mnie ugryzie to mu oddam. – Ash zdjął kurtkę i przewiesił przez oparcie kanapy. – Siadaj i opowiadaj co się dzieje.
      - Napijesz się czegoś?
      - Siadaj. – Powtórzył Ash, więc Carmen wyciągnęła z barku paczkę ciastek czekoladowych, postawiła na stoliku i zrobiła to o co poprosił.
      - Jesteś serio pewnie, że chcesz tego słuchać?
      - Tak, jestem pewien.
      - No dobrze. – Nastolatka wzięła głęboki oddech i zaczęła spokojnie swą opowieść. – Ogólnie nie mam w życiu lekko. Moja rodzina się rozpadła, bo moja mama zdradzała ojca, jak się później okazało przybranego. Za pierwszym razem jej wybaczył, za drugim nie koniecznie. Mimo wszystko kochałam go i to bardzo, był dla mnie najważniejszy. Po tym, kiedy zażądał rozwodu wszystko się zmieniło. Mieszkał dalej ze mną i z mamą jednak spał na kanapie, nie rozmawiali ze sobą, pałali do siebie ogromną nienawiścią. Szczerze już wolałabym, żeby któreś się wyprowadziło, bo patrzenie na tą chorą sytuację bardzo bolało. – Po policzkach dziewczyny zaczęły spływać pojedyncze łzy. – Najgorsza była ostatnia sprawa rozwodowa, dwa dni po moich urodzinach. Poszłam powiedzieć w sądzie z kim chcę być, ale wszystko utrudniło to, że byłam po bójce, miałam na twarzy rany, na niektórych partiach ciała siniaki i matka z moim biologicznym ojcem to wykorzystali. Matka bardzo dobrze wiedziała od czego to jest, ale zapłacili sędziemu, żeby wydał taki wyrok, a nie inny. Odebrano mu prawa rodzicielskie no i mieli skazać na więzienie ale przekonałam sędziego, że to nie on i dostał tylko i aż zakaz zbliżania do mnie. Na drugi dzień miał zabrać swoje rzeczy, mamy nie było, więc przyjechałam do domu wcześniej, żeby się z nim pożegnać bez jakichś problemów czy coś. Weszłam do mieszkania. – Zawiesiła głos, by przełknąć ciężko ślinę i otrzeć policzki. – Wszędzie go szukałam. W sypialni, w kuchni, salonie. Aż w końcu poszłam na strych. Miałam złe przeczucia i słusznie. On tam był. Jego ciało tak swobodnie bez życia kołysało się na grubym sznurze. – Wszystkie emocje, które Carmen w sobie ukrywała po prostu wyszły na zewnątrz. Płakała niczym malutkie dziecko, które zgubiło się w markecie. Ash przyglądał jej się i sam do końca nie wiedział jak ma zareagować, więc bez słowa po prostu objął ją ramieniem. – Ja go próbowałam ratować, budziłam go, wezwałam pogotowie, ale to nic nie dało. Był taki zimny, taki martwy. Boże, to był najgorszy widok w moim życiu. Ja do tej pory zamykam oczy i widzę jego i tą pętlę zaciśniętą na jego szyi. – Ash otarł wierzchem dłoni policzki nastolatki, ale łzy płynęły zbyt szybko. – Na pogrzebie mama się nie zjawiła. Była zajęta swoją ciążą i swoim partnerem. Po tym wszystko się tak cholernie zmieniło. Próbowałam popełnić samobójstwo. – Carmen podciągnęła rękaw i pokazała Ash’owi sporych rozmiarów bliznę idącą wzdłuż przedramienia. – Najlepsze jest to, że ona chyba mnie uratowała tylko po to, by po jakimś czasie powiedzieć mi, że powinnam zdechnąć i leżeć w grobie razem z tatą. To, że tutaj jestem też jest dzięki niej. Siedziałam w pokoju, nikomu nie przeszkadzałam, a oni obydwoje wpadli do mojego pokoju, porozglądali się i wiesz co mi mamusia powiedziała? „Pakuj się i wynoś stąd, bo muszę mieć więcej miejsca dla mojego dziecka”.  To było gorsze niż oberwanie w twarz, uwierz mi. – Carmen spojrzała w oczy Ash’a które zaczęły wypełniać się łzami. Nie spodziewał się, że jej historia jest aż tak bolesna.  – Zadzwoniłam do mojego chłopaka, który nie raczył nawet odebrać, a dzisiaj skoczył do mnie z ryjem, dlaczego do niego nie zadzwoniłam. Po prostu nie mam już siły. – Po tym co z siebie wyrzuciła, po prostu wtuliła się w towarzysza i płakała przez długi czas. Nie mogła się uspokoić. Z drugiej strony poczuła się lepiej, gdy wylała ocean łez.
      - Ja… - Zająkał się Ash, trzymając drobną dziewczynę w swych dużych ramionach. – Nie mogę w to uwierzyć. Jak można własnemu dziecku zadać tyle bólu? Przykro mi to mówić, ale Twoja matka to suka.
      - Nawet nie, bo suka swoich dzieci nie zostawi. – Dziewczyna spojrzała koledze w oczy, po czym oparła głowę o pierś chłopaka i słuchała bicia jego serca.